54 lata po koncercie The HOLLIES i LULU w Łodzi
-wspomina Andrzej Pietrzak 

ŁÓDZKIE ULICE TĘTNIĄCE MUZYKĄ…

 

MOJE BLISKIE SPOTKANIA Z „THE HOLLIES”

 

 Był rok 2005-ty, kiedy zobaczyłem ich ponownie, tym razem na internetowym YOUTUBE, w brytyjskiej stacji Tv BBC. Na ten widok dosłownie łza się zakręciła w mym oku. W ówczesnym wydaniu naszej audycji „Kawa czy herbata”, jedna trzecia zespołu The HOLLIES akustycznie, bezbłędnie, na żywo wykonała jedną zwrotkę i refren swojego starego przeboju „JUST ONE LOOK”, i… wróciły wspomnienia!...

 

***

Ro 1966 zapisał się w mojej pamięci jako młodego człowieka dwoma, może trzema wydarzeniami. Kolejność tutaj nie jest zbytnio ważna. Po trzech latach na ekrany kin wchodził z dawna oczekiwany film „Faraon”, a na lotnisku Okęcie w Warszawie lądował przybyły z Londynu samolot z dwoma zespołami muzycznymi na pokładzie. Odwiedzili Polskę członkowie zespołu The HOLLIES , oraz niespełna osiemnastoletnia nowa gwiazdka angielskiego big-beatu – o pseudonimie artystycznym LULU, z zespołem jej towarzyszącym o nazwie The LUVVERS. Już w lutym tego roku prasa brytyjska donosiła o mającym się odbyć niebawem turnee po Polsce tych wykonawców. Jednocześnie na łamach poczytnego wśród młodzieży periodyku „Sztandar Młodych” – w rubryce pt. „Od waltorni Do saksofonu”, znany popularyzator i znawca muzyki młodzieżowej red. Roman Waschko informował swoich czytelników o przyjeździe do Polski wymienionych wyżej angielskich artystów. Jak pisał, w czasie swojego turnee mieli zawitać do Poznania, Warszawy, Krakowa. A na koniec ich przygody z Polską, niejako na pożegnanie, mieli 18-go marca zawitać z koncertem do Łodzi.

***

Dzień 18-go marca, a był to piątek, był typowy dla czasu przedwiośnia. Jak pamiętam było chłodno, zimno i pochmurnie. Jakoś wiosna zdecydowanie się spóźniała. Ale głównym zmartwieniem młodych ludzi, którzy każdym dostępnym środkiem miejskiej lokomocji zmierzali do jednego, z góry wyznaczonego celu! A była nim Hala Sportowa przy ówczesnej ulicy Worcella (dzisiaj przemianowana z duchem czasu na ulicę im. ks.Skorupki). Łódzka Hala Sportowa, zwana często „Pałacem Sportu”, była miejscem nie tylko wydarzeń sportowych. Tym razem miała stać się areną widowiska muzycznego. Już od dawna w kasach „Estrady Łódzkiej” (o Internecie nikt w tamtych czasach jeszcze nie słyszał) zabrakło biletów. Jednak co poniektórzy, w skrytości ducha liczyli chyba na cud! A nuż w kasach przy ulicy Worcella znajdzie się choć resztka wejściówek? Tak było chociażby w listopadzie 1965- go roku przed koncertem zespołu „The Animals” i zespołu „Polanie” …Tym razem i ja nie zdobyłem karty wstępu, bilet z koncertu wspomnianych Animalsów trzymam w swoim archiwum jak jakąś świętość, bowiem na nim do dzisiaj jest widoczny ich autograf! Ale tym razem z pomocą przyszedł mi mój Tata! Mianowicie miał znajomego w Estradzie Łódzkiej i ten, o wyznaczonej porze, wpuścił nas z ojcem do Hali, ale…wejściem transportowym. Tuż po wejściu znaleźliśmy się w wielkim pomieszczeniu zaplecza hali, gdzie obok składowanych bramek hokejowych i maszyny do wygładzania lodu w czasie i po meczach hokejowych, kręciło się sporo ludzi. Wśród nich oczywiście było grono dziennikarzy, różni bardzo ważni oficjele i rozgorączkowana ekipa angielskiej Tv. I była ONA, czyli niespełna osiemnastolatka, panna MARIE McDONALD LAWRIE, rocznik 1948-my, znana scenicznie jako LULU!

***

Przyszło mi przejść dosłownie o parę kroków od niej i jeszcze chudego, wysokiego, towarzyszącego jej na każdym kroku chłopaka, który nieco potem okazał się jej gitarzystą. Pewien pan w brązowym garniturku uchylił ciężką kotarę i…cały szczęśliwy znalazłem się na Sali, w tłumie około dwunastu tysięcy rozgorączkowanych szczęśliwców. Nie muszę mówić, hala była pełna! Wrzało jak w przysłowiowym ulu. Miałem miejsce tuż obok lewej strony sceny, na którą po chwili wyszedł zamiast jak zwykle Lucjana Kydryńskiego, młodszy o parę lat konferansjer – Zbyszek Korpolewski. Gdy udało mu się uciszyć nieco aplauz tłumu, zapowiedział pierwszych wykonawców. Na scenie, przy ponownym wrzasku zebranych, weszła mała, nieco pucołowata, rudowłosa dziewczyna, w króciutkiej mini – spódniczce I się zaczęło! Za plecami LULU miała piątkę kolorowo ubranych muzyków, którzy jeszcze w lutym, na łamach New Musical Express , powiadali o zamiarze występowania solo, czyli bez niej. I to się wkrótce rzeczywiście stało, niestety na niekorzyść The Luvvers….

***

Bodaj trzydzieści minut tego muzycznego wydarzenia minęło jak z bicza strzelił. Ta mała, rudowłosa dziewczyna, to nie była tam jakaś podrzędna piosenkarka. To był po prostu „żywy dynamit” w ludzkim ciele. W jej wykonaniu nie zabrakło takich utworów jak: „Leave a Little Love”, czy „TRY to Understand”. Swobodna w wykonaniu, świetnie się poruszająca. Tańcząca, to mało powiedziane, wręcz szalejąca, kipiąca energią, panna LULU zakończyła swój występ, a jakże inaczej, jak nie jej wielkim hitem, przebojem z 1964-go roku pn. „SHOUT”, z repertuaru amerykańskich ISLY BROTHERS…

***

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć, wymienić choćby w pośpiechu uwagi o pierwszej części koncertu, a już przygasły światła w całej Hali. Tylko te rozmieszczone nad sceną świeciły kolorowo. A już z cienia wyłoniła się i weszła na scenę grupa z Manchesteru. The HOLLIES – nazwa pochodziła od nazwiska nieżyjącego amerykańskiego kompozytora i wykonawcy BUDDY HOLLY. Tego marcowego wieczoru grali w składzie: założyciel grupy i główny wokalista zespołu ALLAN CLARKE (w eleganckim jeansowym garniturku); GRAHAM NASH (git.voc); TONY HICKS (git.voc.) oraz ERIC HAYDOCK (ponoć z polskimi korzeniami – git.bas.). Za perkusją marki PREMIER w nieodzownej czapeczce zasiadł BOBBY ELIOT.

***

Zaśpiewali i zagrali muzykę znaną z Radia Luxemburg i płyt jakie nieliczni posiadacze mogli wówczas posiadać na własność, i której właśnie oczekiwano. Tego wieczoru ze sceny Hali Sportowej w Łodzi popłynęły takty takich utworów jak: „JUST ONE LOOK” (to na przywitanie). a następnie „HERE I GO AGAIN”, czy nastrojowe „YES I WILL”. Nie zabrakło oczywiście „JUST LIKE ME” z ich debiutanckiej płyty nagranej bodaj w maju 1963-go roku, jak również utworów z lat wcześniejszych wylansowanych przez amerykańskich wykonawców, a przez muzyków z The HOUIES podanych w innych, własnych aranżacjach. Należy do nich zaliczyć kapitalne wykonawstwo „STAY” czy bardziej znany „SEARCHIN” …

***

Trzeba wiedzieć, że The HOLLIES byli mistrzami aranżacji wokalnych. Po prostu STWORZYLI WŁASNE BRZMIENIE! Na żywo utrzymywali ten wysoki poziom wykonawczy prawie tak jak w warunkach studyjnych, na płytach, o czym w ten pamiętny marcowy piątek 1966-go roku zebrani w tej łódzkiej hali mogli sami się dowodnie przekonać. Współbrzmienie głosów CLARKE`A, HICKSA i NASHA, jak pisano wiele lat po łódzkim koncercie, jest do dziś punktem odniesienia w muzyce rockowej! Wróćmy jednak jeszcze raz do 18-go marca`66 i owego turnee, o którym bardzo często w różnych polskich encyklopediach i innych periodykach podaje się mylnie datę „1965”. The HOLLIES swój występ zakończyli utworem „I CANT LET GO”, który właśnie „wszedł” na pierwsze miejsca listy bestsellerów RADIA LUXEMBURG i NEW MUSICAL EXPRESS. To była wówczas najpopularniejsza lista przebojów w całej EUROPIE! Aby znaleźć się na tej liście, a zwłaszcza w pierwszej dwudziestce - trzeba było sprzedać odpowiednio dużą ilość płyt. Tam radiosłuchacze nie wysyłali kartek pocztowych ze swoim typem, jak miało to miejsce w Polsce. No, ale to tyle, jeżeli idzie o przypomnienie jak układały się listy najpopularniejszych utworów za granicą.

Warto wspomnieć, nawiązując do omawianego koncertu, że chłopcy z Manchesteru musieli kilkakrotnie wychodzić na bis. Nisko się kłaniali a Graham Nash (jestem tego świadkiem, bo stałem blisko sceny), rzucił w napierający tłum wielbicielek i wielbicieli swoją kostkę do gry na gitarze. Co się wtedy działo trudno wprost opowiedzieć. Kolorowe światła nad sceną powoli przygasły i pozostały słuchaczom jedynie niezapomniane wspomnienia.

***

W kwietniu tego samego roku 1966-go miała przyjechać do Polski bardzo dobra angielska kapela bluesowa – The ARTWOODS z IANEM LORDEM, późniejszym założycielem DEEP PURPLE, ale…do Łodzi nie przyjechali.

***

Dzisiaj ktoś dociekliwy zapyta: a co się dzieje z zespołem The HOLLIES i piosenkarką LULU? HOUIES szykowali się do swego tournée po Stanach Zjednoczonych. Udzielili bzdurnego wywiadu dla MELODY MACKER, mając pretensje do polskich organizatorów trasy. Na co, inne pismo angielskie odpowiedziało, że do Polski przyjechali…do pracy, aby grać, a nie wydziwiać na warunki pracy. Natomiast panna LULU rzeczywiście rozstała się z grupą The LUVVERS i po paru latach została (na krótko) żoną jednego z członków zespołu BEE GEES. Dalej odnosiła sukcesy, ale to jest już sprawa na zupełnie inną okazję…

 

Andrzej Pietrzak (Łódź – marzec 2020-go roku)

31 marca 2020

Łódzkie Stowarzyszenie Muzyczne

"Ocalić od zapomnienia"

 

Siedziba : ul.Próchnika 17     90 - 708 Łódź

tel: 531 908 063      email: romano63@op.pl

numer konta : 94 1240 3073 1111001078665182  Bank Pekao SA.